— Joanna miała ich tyle, że nigdy nie wiedziałem, który jest nowy.

Uśmiechnęłam się do pustej kuchni. Potem zapadła cisza, w której oboje pamiętaliśmy, skąd znamy tę historię.

— Nie chcę, żeby spotykał się pan ze mną tylko dlatego, że moja matka może pomóc w sprawie siostry — powiedziałam.

— Rozumiem.

— I nie chcę dziękować za leczenie, na które mama ma prawo, jakbym była pana dłużniczką.

— Nie jest pani.

— Wciąż mówi pan „pani”.

— Bałem się, że jeśli przestanę, uzna pani, że próbuję skrócić dystans bez pytania.

Nie spodziewałam się tej odpowiedzi.

— Możesz mówić mi po imieniu — powiedziałam.

— Dobrze, Lijo.

Wypowiedział je miękko. Przez moment chciałam przedłużyć rozmowę. Powiedziałam jednak dobranoc. Po odłożeniu telefonu stanęłam przy oknie. Czarny samochód nie czekał pod domem. Ucieszyłam się, że Wiktor uszanował moją prośbę, i dopiero później przyznałam przed sobą, że wypatrywałam go przez chwilę.

***

Postępowanie w sprawie dawnych transportów ruszyło szybciej, gdy śledczy znaleźli w archiwum spółki kopie dokumentów z tego samego okresu, który pamiętała Teresa. Joanna zaznaczyła na nich różnice w numerach partii sprzętu medycznego. Zofia przekazała informacje o dostawach do jednej z klinik. Ewelina potwierdziła wejścia do biura Romana, a Natalia opisała sposób zamawiania usług agencji opiekuńczej. Żadna z tych osób nie znała całej historii. Zestawione dokumenty zaczęły układać się w konkretny ciąg decyzji.

Wiktor został ponownie wezwany do złożenia wyjaśnień. Przez dwa dni nie kontaktowaliśmy się. Mogłam przeczytać w internecie, że przed budynkiem prokuratury czekają fotografowie. Nie wiedziałam, co powiedział śledczym, dopóki sam nie zadzwonił.

— Przekazałem również informacje o umowach, które podpisałem po przejęciu firmy — oznajmił. — Może się okazać, że nie dopilnowałem tego, co powinienem.

— Powinieneś był powiedzieć prawdę niezależnie od ryzyka dla siebie.

— Właśnie próbuję.

Nie obiecałam, że poczekam na wynik sprawy. On nie prosił. Wolałam tę rozmowę od zapewnień, że odpowiada za wszystko poza własnymi podpisami.

Teresa rozpoczęła nowy etap leczenia w szpitalu. Reakcję monitorowano uważnie; pierwsze podanie zniosła lepiej, niż się obawiałyśmy. Nadal miała dni, gdy ledwie wstawała, a ja czułam się bezsilna przy łóżku. Hanna nauczyła mnie pytać o konkretne wyniki i zapisywać odpowiedzi. Nie zyskałam dzięki temu kontroli nad chorobą. Przestałam jednak bać się każdego medycznego słowa tylko dlatego, że go nie rozumiałam.

W pracy dostałam propozycję stałych godzin przy organizacji konferencji. Nie było to moje marzenie ze studiów, ale dawało pensję i wolne wieczory. Przyjęłam. Po pierwszej wypłacie kupiłam mamie materiał na płaszcz. Roześmiała się, kiedy zobaczyła ciemnoniebieski kolor.

— W końcu go uszyjemy — powiedziała.

Nie poprawiłam czasu, którego użyła.

***

Roman został zatrzymany pod koniec listopada. Informacja dotarła do mediów, zanim zdążyłam wrócić z pracy. Zarzuty dotyczyły działalności jego spółek, fałszowania dokumentów i zlecania bezprawnego zbierania informacji o ludziach związanych ze sprawą. O odpowiedzialności za zaniedbanie podczas opieki nad mamą miały rozstrzygnąć osobne ustalenia. Samo zatrzymanie nie kończyło żadnego z postępowań.

Tego wieczoru pod naszą klatką czekali dziennikarze. Teresa spojrzała na nich przez zasłonę i oznajmiła, że nie zamierza chować się we własnej kuchni. Miała prawo do spokoju. Poprosiłam funkcjonariuszkę prowadzącą zgłoszenie o poradę, jak ograniczyć nachodzenie nas przez osoby szukające komentarza. Sąsiadka z parteru pomogła nam przez kilka dni odbierać przesyłki.

Wiktor przyjechał dopiero, gdy zaprosiłam go na herbatę. Wszedł sam, bez teczki i bez telefonu w dłoni. Mama pokazała mu materiał na płaszcz. Opowiedzieli przez chwilę o Joannie, lecz rozmowa nie stała się wspólnym żałobnym rytuałem. Teresa pytała go również o pracę, którą wykonuje, i o ludzi w firmie, którzy mogą stracić stanowiska po kontroli. Odpowiadał bez upiększeń. Część odejdzie; inni, którzy nie mieli związku z decyzjami Romana, nadal muszą dostać pensje.

Kiedy mama poszła odpocząć, Wiktor został w kuchni. Deszcz znów rozmywał światła za oknem, tak jak w noc, gdy po raz pierwszy jechaliśmy do niej samochodem.

— Po gali sądzili, że wybrałem ciebie spośród tamtych pięciu kobiet — powiedział.

— Sądzą tak nadal.

— A ty?

Popatrzyłam na niego. Przez ostatnie tygodnie każde z nas miało okazję potraktować drugie jak środek do rozwiązania własnych kłopotów. On mógł użyć wspomnień mamy w sprawie siostry. Ja mogłam przyjąć pieniądze i udawać uczucie, którego jeszcze nie rozumiałam. Zamiast tego rozmawialiśmy, czasem nieufnie, pozwalając drugiej osobie odmówić.

— Nie chcę być czyimś wyborem ogłoszonym na sali balowej — powiedziałam. — Jeśli mamy się spotykać, róbmy to bez widowni. I bez ludzi wysyłanych pod mój adres.

— Chcę właśnie tego.

Nie pocałował mnie wtedy. Zapytał, czy może przyjść w niedzielę na spacer. Zgodziłam się, pod warunkiem że nie będzie padać. Uśmiechnął się i powiedział, że sprawdzi prognozę, choć oboje wiedzieliśmy, że mogę zmienić zdanie nawet przy bezchmurnym niebie.

***

Proces Romana oraz rozliczenia spółek trwały wiele miesięcy. Zeznawałam w sprawie obserwowania naszej rodziny i fotografii wykonanej w mieszkaniu. Mama, kiedy pozwoliło jej zdrowie, opowiedziała o znajomości z Joanną i dawnych dokumentach. Wiktor odpowiadał na pytania o umowy podpisane po przejęciu zarządzania. Nie wszystkie jego decyzje podobały się śledczym ani mnie. Brał za nie odpowiedzialność, zamiast powtarzać, że niczego nie wiedział.