Pokazał mi kopię oświadczenia złożonego prokuraturze w sprawie jednej ze spółek. Nazwiska i dane operacyjne były zasłonięte; dokument potwierdzał tylko, że rzeczywiście współpracował w postępowaniu. Nie próbował udawać, że papier wyjaśnia wszystko.

— Roman wie o pańskim zeznaniu? — spytałam.

— Podejrzewa.

— Więc może mnie wykorzystać, żeby pan je zmienił?

— Tak.

Przynajmniej raz dostałam odpowiedź bez łagodzenia.

Powiedziałam mu, że straciłam zmiany w hotelu. Natychmiast chciał porozmawiać z dyrekcją. Odmówiłam.

— Jeśli im pan każe mnie zatrudniać, będą twierdzić, że mają rację. Sama porozmawiam z kierownikiem.

Wiktor opuścił dłonie na stole. Przez chwilę wyglądał, jakby próbował znaleźć sposób pomocy, który nie odbiera mi kontroli nad własnym życiem.

— W porządku — powiedział.

Gdy wychodziliśmy, telefon z jego kieszeni zawibrował. Zobaczył nazwisko i zacisnął szczękę. Połączenie odrzucił.

— Roman? — zapytałam.

Skinął głową.

— Nie musi pan przy mnie unikać rozmów — powiedziałam. — Musi pan tylko pamiętać, że mogę odejść.

— Pamiętam.

***

Odzyskałam część pracy dzięki starszej koordynatorce cateringu, która znała mnie od dwóch lat. Pokazałam jej wiadomość o stanie mamy, wysłaną w trakcie balu, i informację, że zmiana została opłacona. Potwierdziła, iż miałam uzasadniony powód wyjścia. Dyrekcja nie chciała jednak przydzielać mnie do wydarzeń w Bursztynie. Dostałam obsługę konferencji w innym hotelu oraz kilka porannych zmian w restauracji.

Nie wystarczało to na wszystkie wydatki. Dało mi jednak zajęcie, które nie zależało od Wiktora. Kiedy wróciłam po pierwszej konferencji, Teresa czekała z ugotowanym ryżem i warzywami. Wzięła widelec, usiadła naprzeciw mnie i spytała, czy goście byli równie nieznośni jak zwykle. Przez chwilę nasze życie znów miało zwyczajne kłopoty.

Wieczorem zadzwoniła Hanna Malec. Leczenie mamy wymagało zmiany. Po reakcji trzeba było uważnie dobrać kolejny lek i sposób podania. Nie potrafiła obiecać, że uzyskamy go szybko w ramach dotychczasowych świadczeń. Zaproponowała konsultację w szpitalu, gdzie pracował zespół prowadzący podobne przypadki.

Zapisaliśmy termin. Gdy powiedziałam Wiktorowi przez telefon, że jesteśmy w trakcie ustaleń, zaproponował opłacenie konsultacji prywatnej, jeśli okaże się potrzebna. Nie zgodziłam się od razu. On również nie naciskał.

Nazajutrz pod szpitalem zobaczyłam kobietę w srebrnym płaszczu, którą pamiętałam z balu. Stała przy ciemnym samochodzie i rozmawiała przez telefon. Kiedy wyszłyśmy z mamą z taksówki, przerwała rozmowę i podeszła.

— Nazywam się Iga Sadowska — powiedziała. — Jestem prawniczką. Znam Wiktora od dziecka.

Miała spokojny głos i nie próbowała podać nam ręki, gdy zobaczyła, że wspieram mamę pod ramię.

— Czekała pani na nas? — zapytałam.

— Tak.

Iga zaproponowała, że przejrzy umowę z agencją, która przysłała Beatę. Mogłam powiedzieć „nie”. Wtedy podała powód, dla którego przyjechała: jej kancelaria kiedyś obsługiwała również jedną ze spółek Romana. Zobaczyła wśród faktur płatność na rzecz tej samej agencji opiekuńczej, z której korzystałyśmy. Data była sprzed naszego zgłoszenia choroby.

Przestałam iść.

— Czy mówiła pani o tym policji?

— Właśnie jadę przekazać dokument. Pomyślałam, że powinnyście wiedzieć, zanim ktoś jeszcze zapuka do waszych drzwi.

Iga nie prosiła o zaufanie. Pokazała wizytówkę, numer kancelarii i kopię faktury z zasłoniętymi danymi innych klientów. Nazwa agencji była czytelna. Mama przeczytała ją, po czym zacisnęła dłoń na moim ramieniu.

— Nie chcę, żeby ta kobieta znów weszła do naszego domu — powiedziała.

— Nie wejdzie — odpowiedziałam.

Iga odjechała, a ja zaprowadziłam Teresę do poradni. Podczas całej konsultacji myślałam o Beacie, której powierzyłam klucze, terminy leków i godziny, kiedy mamy nie było w domu. Nie wiedziałam, czy sama przyjęła pieniądze od Romana. Już samo powiązanie agencji z jego spółką oznaczało, że musimy wszystko sprawdzić.

***

Policja ustaliła, kto zrobił fotografię w naszym mieszkaniu. Nie była to Hanna ani jej pielęgniarka. Zdjęcie pochodziło z telefonu Beaty Chmiel. Po wyjściu z mieszkania wróciła pod pretekstem zabrania dokumentów i weszła, gdy drzwi otworzył sanitariusz. Pracownik karetki pamiętał, że stała chwilę w przedpokoju. Na zdjęciu widać było mnie, mamę i kawałek jej ramienia, odbity w lustrze szafy. Ten szczegół pozwolił śledczym połączyć fotografię z nią, zanim uzyskali dostęp do samego telefonu.

Funkcjonariuszka nie zdradziła mi wszystkiego, co ustalono podczas przesłuchania. Powiedziała tylko, że przesyłka z różami również jest sprawdzana pod kątem osoby zlecającej. Beata przyznała, iż przesłała fotografię dalej. Twierdziła, że zrobiła to na prośbę agencji, która chciała udokumentować wizytę dodatkowego personelu.

— Agencji nie była potrzebna moja twarz w chwili, kiedy płakałam — powiedziałam.

— Wiem — odparła funkcjonariuszka. — Dlatego to sprawdzamy.

Tego samego dnia agencja wypowiedziała nam umowę. W piśmie powołała się na „utrudnioną współpracę”. Anna, znajoma mamy pracująca kiedyś w przychodni, pomogła znaleźć inną pielęgniarkę z doświadczeniem onkologicznym. Spotkałyśmy się z nią w obecności Hanny. Przejrzała zalecenia, opowiedziała dokładnie, co może robić i kiedy trzeba dzwonić po lekarza. Mama uczestniczyła w każdej rozmowie.

Wiktor dowiedział się o Beacie ode mnie. Nie widziałam, co robił później. Wieczorem zadzwonił i powiedział, że Roman odmawia wyjaśnień w sprawie agencji.

— Powiedział mi tylko, że chciał się upewnić, kim pani jest — dodał.

— Mógł zapytać mnie.

— Wiem.