Miała bladą twarz, lecz w spojrzeniu pojawiła się znajoma stanowczość. Zanim zachorowała, prowadziła mały zakład krawiecki. Przez całe dzieciństwo oglądałam, jak cierpliwie rozpruwa źle wszyty zamek i zaczyna od nowa, choć klientka już czekała. Choroba zabrała jej możliwość pracy. Nadal umiała uporządkować rzeczy, które inni woleli zostawić w nieładzie.

W notesie podkreśliła nazwisko Beaty Chmiel.

— Była tu, zanim źle się poczułam — wyjaśniła. — Powiedziała, że musi zejść do samochodu po dokumenty. Potem pamiętam tylko pieczenie w gardle.

Beata opiekowała się nią od trzech tygodni. Poleciła ją agencja, z którą wcześniej nie współpracowałyśmy. Podpisując umowę, zapytałam o doświadczenie przy leczeniu onkologicznym. Koordynatorka zapewniała, że jest wystarczające. Wczorajsze zaniedbanie podważyło jej słowa; fotografia nadawała im jeszcze groźniejszy sens.

Zadzwoniłam do agencji. Usłyszałam, że Beata zgłosiła chorobę i przez kilka dni nie będzie pracować. Poprosiłam o kopię jej kwalifikacji oraz zapis rozmowy, podczas której ustalano zakres opieki. Pracownica przy telefonie powiedziała, że sprawdzi dokumentację.

Wieczorem Hanna Malec przyjechała bez wezwania. Nie przyniosła ochroniarzy ani nowych obietnic. Zbadała mamę, upewniła się, że nie pojawiła się kolejna reakcja, i usiadła z nami przy herbacie. Przyznała, że Marta Lis zrobiła jedną fotografię: zdjęcie etykiety leku, które wysłała lekarce dla potwierdzenia dawki. Pokazała mi wiadomość z tamtej godziny. Na zdjęciu nie było żadnej osoby.

— Nie potrafię ręczyć za każdą chwilę pobytu sanitariusza — powiedziała. — Proszę przekazać policji numer zespołu karetki. Mam go zapisany.

Zrobiłam to od razu. Hanna spojrzała na kwiaty leżące przy drzwiach.

— Joanna, siostra Wiktora, nie przeżyła leczenia — odezwała się cicho. — Kiedy jej stan się pogarszał, Wiktor próbował znaleźć lekarza o każdej porze dnia. Pamiętałam jego telefon.

Nie wiedziałam, co odpowiedzieć. Ta historia wyjaśniała, dlaczego miał numer Hanny. Nie mówiła, kim był człowiek, za którym na balu rozstępowali się wpływowi goście.

***

Następnego dnia hotel wypłacił mi wynagrodzenie za całą zmianę. Kierownik cateringu zadzwonił rano i powiedział, że ktoś uregulował rachunek. Zapytałam, czy z tego powodu straciłam pracę. Zawahał się.

— Czekamy na decyzję dyrekcji. Zdjęcia z przyjęcia trafiły do internetu. Niektórzy klienci pytają, czy obsługa może odchodzić z gośćmi podczas imprez.

Nie powiedział, jak absurdalnie brzmi pytanie w zestawieniu z chorobą mamy. Ja również nie miałam ochoty mu tego tłumaczyć. Poprosiłam tylko o pisemną informację dotyczącą kolejnych zmian.

Zdjęć było kilka. Na jednym Wiktor trzymał dla mnie drzwi samochodu. Na drugim szłam przez deszcz z torebką przyciśniętą do piersi. Ludzie podpisywali fotografie, jakby przedstawiały romantyczną ucieczkę z balu. Ktoś nazwał mnie „nową wybranką Różyckiego”. Ktoś inny znalazł moje konto w mediach społecznościowych i napisał pod zdjęciem sprzed roku, że bardzo szybko zdobyłam bogatego opiekuna.

Przez kilka minut przesuwałam komentarze palcem, chociaż każdy kolejny sprawiał, że robiło mi się niedobrze. Zamknęłam aplikację, kiedy mama weszła do pokoju. Nie chciałam, by trafiła na słowa o sobie. Zdążyła już jednak zobaczyć jeden artykuł.

— Jeśli przez tego człowieka stracisz pracę, powiedz mi — powiedziała. — Coś wymyślimy.

Nie miałyśmy wielu możliwości, ale zabrzmiała jak Teresa sprzed choroby. Obie potrzebowałyśmy tej chwili.

Tego popołudnia dostałam zaproszenie na spotkanie w restauracji od nieznanej mi kobiety. Podpisała się: Zofia Brzezińska, prezeska spółki farmaceutycznej dostarczającej część leków do szpitali. Napisała, że chciałaby porozmawiać o mojej matce i zdjęciu z balu. Zanim odpowiedziałam, sprawdziłam nazwisko. Na fotografii z przyjęcia stała blisko Wiktora, w granatowej sukni, z dłonią opartą na jego ramieniu.

Przesłałam zaproszenie funkcjonariuszce prowadzącej moje zgłoszenie. Odpisała, żebym zachowała korespondencję. Nie mogła zabronić mi spotkania, ale przypomniała, że jeśli czuję się zagrożona, powinnam wybrać miejsce publiczne i powiedzieć komuś, dokąd idę.

Powiedziałam mamie. Teresa była przeciwna.

— Ta kobieta nie zna mnie, a pisze o moim leczeniu. Dlaczego?

— Właśnie tego chcę się dowiedzieć.

Mama podała mi numer do cioci Ewy, swojej starszej siostry. Mieszkała po drugiej stronie Warszawy i od miesięcy przyjeżdżała w każdą sobotę. Obiecała zostać z Teresą, kiedy ja pojadę na spotkanie. Zgodziłam się dopiero wtedy.

***

Zofia Brzezińska czekała w hotelowej restauracji blisko okna. Miała włosy upięte nisko i granatową suknię, w której wyglądała równie swobodnie przy południowej kawie, jak poprzedniego wieczoru pod żyrandolami. Wstała, gdy podeszłam. Nie próbowała mnie uściskać.

— Pani mama czuje się lepiej? — zapytała.

— Tak. Skąd pani wie, na co choruje?

— Wiktor dzwonił do lekarki przy stoliku, przy którym siedziałam. Usłyszałam część rozmowy. Potem sama sprawdziłam nazwisko pani matki.

Usiadłam z dłonią na pasku torebki.

— Nie dałam pani na to zgody.

— Wiem. Chciałam dowiedzieć się, dlaczego akurat wczoraj Wiktor opuścił galę. Powinnam była zadzwonić do pani, zanim szukałam informacji.

Przyznanie się zaskoczyło mnie, lecz nie zatarło tego, co zrobiła. Zofia położyła na stole wizytówkę, pozostawiając ją po swojej stronie.

— Podczas gali miało dojść do porozumienia między kilkoma firmami. Wiktor miał zadeklarować poparcie dla nowej inwestycji. Wyszedł przed rozmową z Romanem. Dziś stryj próbuje przekonać wszystkich, że Wiktor nie panuje nad sytuacją.

— A ja mam być dowodem?