Patrzyłam na niego, czekając na prośbę. Nie padła.

Wiktor wyjaśnił, że wczorajszego wieczoru rozmawiał na balu z pięcioma kobietami kierującymi firmami współpracującymi z jego spółką. Każda miała powód, by obserwować jego decyzje. Kiedy odjechał ze mną, ktoś wysłał im zdjęcie.

— Dlaczego miałabym je obchodzić?

— Może pani nie obchodzi. Romanowi wystarczy, że mnie obchodzi pani bezpieczeństwo.

W tej chwili pod budynek podjechał biały samochód dostawczy. Mężczyzna wyjął z niego bukiet białych róż i dużą kopertę. Nie pytał o numer mieszkania. Od razu skierował się do naszych drzwi.

Wiktor nie zatrzymał go. Poprosił mnie tylko, żebym zaczekała obok, gdy kurier położy przesyłkę na schodku i odejdzie.

Na kopercie wypisano moje imię. W środku znalazłam zdjęcie wykonane poprzedniej nocy: klęczałam przy mamie, podczas gdy Wiktor wychodził z pokoju. Fotografia powstała wewnątrz naszego mieszkania.

Pod zdjęciem ktoś napisał jedno zdanie:

„Zapytaj go, skąd znał nazwisko lekarki, zanim podałaś adres”.

**PART 3**

Nie poczułam od razu strachu. Najpierw przyszła złość, tak nagła, że przez chwilę niemal zapomniałam o człowieku stojącym obok mnie.

Zdjęcie zrobiono w mieszkaniu, do którego wróciłam przekonana, że mama jest bezpieczna. Wczoraj kręcili się tam ludzie: lekarka, zastępcza pielęgniarka, kierowca karetki, który przyniósł sprzęt, a wcześniej nasza stała opiekunka. Ktoś z nich uniósł telefon, kiedy płakałam w ramionach Teresy. Potem wysłał fotografię osobie, która dziś znała również nasz adres.

— Kto zrobił to zdjęcie? — zapytałam Wiktora.

Nie sięgnął po kopertę. Stał nieruchomo, dając mi czas, żebym sama schowała ją do kieszeni.

— Nie wiem — odpowiedział. — Ustalę, kto wchodził wczoraj do mieszkania.

— Pytam również, skąd znał pan lekarkę.

Wiktor popatrzył w stronę drzwi naszej klatki. Domofon zabrzęczał w mieszkaniu na piętrze, ktoś wychylił się przez okno. Wzięłam kopertę i wskazałam mały sklep po drugiej stronie ulicy. Weszliśmy do środka. Między lodówką z napojami a półką z pieczywem panowała zwykła poranna krzątanina, która pomogła mi złapać oddech.

— Doktor Hanna Malec prowadziła leczenie mojej siostry — powiedział Wiktor. — Zadzwoniłem do niej, bo wiedziałem, że ma doświadczenie w reakcjach po lekach onkologicznych. Nie znałem jej nazwiska od pana pielęgniarki. Znam je od lat.

— Mógł mi pan to powiedzieć wczoraj.

— Powinienem.

Mówił bez irytacji, lecz sama odpowiedź nie wystarczała. Numer Hanny Malec mógł mieć z wielu powodów; nie wiedziałam, czy siostra, o której wspomniał, naprawdę istniała. Przyjęłam wyjaśnienie jako coś do sprawdzenia, nie jako dowód uczciwości.

W domu czekała Teresa. Pokazałam jej fotografię. Usiadła przy kuchennym stole, jakby nogi przestały ją utrzymywać.

— Ktoś był tu z aparatem? — spytała.

— Z telefonem. Na razie nie wiemy kto.

Nie zasłaniałam przed nią koperty. Wiele osób przez ostatni rok tłumaczyło mi, że chora powinna być oszczędzana, po czym podejmowało decyzje ponad jej głową. Mama traciła siły, ale nie straciła prawa, by wiedzieć, co dzieje się w jej mieszkaniu.

— Zadzwoń do Hanny — poprosiła. — Wczoraj obejrzała mnie i zmieniła zalecenia. Jeśli ktoś używa jej nazwiska, powinnyśmy wiedzieć.

Lekarka odebrała po kilku sygnałach. Potwierdziła, że przed laty leczyła siostrę Wiktora, Joannę. Znała rodzinę, choć nie utrzymywała z nią towarzyskich kontaktów. Poproszona o wyjaśnienie, kto był wczoraj u nas, wymieniła siebie, pielęgniarkę Martę Lis i sanitariusza z karetki. Nasza dotychczasowa opiekunka, Beata Chmiel, wyszła jeszcze przed jej przyjazdem.

— Marta była ze mną przez cały czas — powiedziała Hanna. — Mogę zapytać, czy robiła zdjęcia, ale potrzebuję najpierw zobaczyć fotografię.

Wysłałam jej kopię. Kilka minut później oddzwoniła.

— Nie widać, z jakiego miejsca ją wykonano — stwierdziła. — Proszę zachować oryginał koperty i nie wyrzucać kwiatów. Porozmawiam z Martą. Pani może zgłosić sprawę policji.

Wiktor stał przy oknie, słysząc rozmowę tylko z mojej strony. Kiedy się rozłączyłam, powiedziałam, że pojadę na komisariat. Skinął głową.

— Podrzucę panią, jeśli pani chce.

— Pojadę taksówką. Pan zna zbyt wiele osób, których ja nie znam.

Usłyszałam, jak Teresa nabiera powietrza, ale nie cofnęłam słów. Wiktor nie zaprotestował. Napisał na kartce swój numer i położył ją na parapecie.

— Jeśli któryś z ludzi powie, że działa w moim imieniu, proszę najpierw zadzwonić do mnie. Nawet wtedy może pani odmówić kontaktu.

Wyszedł. Dopiero gdy usłyszałam zatrzaśnięcie drzwi klatki, zdałam sobie sprawę, że zostałam z różami, zdjęciem i pytaniami, na które miałam szukać odpowiedzi sama.

***

Na komisariacie siedziałam prawie dwie godziny. Młoda funkcjonariuszka wysłuchała mnie dokładnie, przyjęła kopertę do oględzin i spisała nazwiska osób, które były u nas po reakcji mamy. Przekazałam też zrzut wiadomości pielęgniarki z godziną wysłania. Wiedziałam, że fotografia może zostać uznana za naruszenie naszej prywatności, a kwiaty za próbę zastraszenia, lecz samo zgłoszenie nie sprawi, że znajdą nadawcę do wieczora.

Po powrocie zastałam Teresę przy stole. Obok niej leżał notes z terminami leczenia. Przepisała z telefonu nazwiska wszystkich osób, które w ostatnim miesiącu przychodziły do mieszkania.

— Pomyślałam, że ci się przyda — powiedziała.