Mama zgodziła się na spotkanie w niedzielę. Przyjechała także Hanna Malec, którą poprosiła o to Teresa. Wiktor przyniósł tylko zdjęcie Joanny i teczkę z jej dawnymi listami. Nie stawiał ochroniarza pod drzwiami.
Z początku rozmawiali o prostych rzeczach. Joanna podobno zawsze zbyt mocno słodziła herbatę. Kiedy śmiała się szczerze, przechylała głowę do tyłu, jakby zapominała, że ktoś patrzy. Teresa opowiedziała, jak raz przyszła po uniformy w butach nie do pary; była tak zajęta sprawdzaniem ksiąg, że nie zauważyła różnicy. Wiktor przez chwilę słuchał z uśmiechem, którego wcześniej u niego nie widziałam.
Potem rozmowa zeszła na dokumenty. Mama pamiętała kopie listów przewozowych i podpisy osób zatwierdzających faktury. Nie potrafiła po latach odtworzyć numerów kontenerów. Wiktor wyjął jeden z listów Joanny, napisany krótko przed leczeniem. Prosiła go, by nie ufał Romanowi w sprawie spółki zajmującej się magazynem przy porcie. Wiktor dostał ten list dopiero po jej śmierci, wśród zwykłych pamiątek. Przeczytał go wtedy jako ostrzeżenie wynikające z rodzinnej kłótni.
— Zapytałem stryja — powiedział. — Odpowiedział, że Joanna była chora i podejrzliwa. Uwierzyłem mu.
Nikt go nie pocieszył. Nie oczekiwał tego.
Teresa pokazała mu stare zdjęcie magazynu. Wiktor rozpoznał budynek. Spółka sprzedała go po śmierci Joanny; dziś mieściła się tam hurtownia. Poinformował, że w dokumentach firmy powinno zostać archiwum dawnych umów. Przekaże policji informację o tym, gdzie je przechowywano. Nie proponował, że sam nocą pojedzie po dowody.
Kiedy wychodził, mama zatrzymała go w przedpokoju.
— Dlaczego nie wiedział pan o naszej znajomości? — zapytała.
— W tamtym czasie rzadko rozmawiałem z Joanną — odparł. — Kłóciliśmy się o Romana, a później bardziej zajmowałem się tym, żeby przeżyła leczenie, niż tym, co próbowała mi powiedzieć o pracy.
Mama skinęła głową. Rozumiała, że choroba potrafi zagłuszyć wszystko inne. Widziała też żal na jego twarzy.
Po wyjściu Wiktora usiadła ciężko na kanapie.
— On może być uczciwy w tej jednej sprawie — powiedziała. — Nie znaczy to, że masz powierzyć mu swoje życie.
— Wiem.
Poczułam ciepło jej dłoni na mojej.
— Chcę, żebyś miała życie, które jest twoje, Lijo. Nawet jeśli będzie w nim ktoś taki jak on.
***
Sprawa fotografii nabrała innego znaczenia, gdy Beata przyznała policji, że agencja poleciła jej zgłaszać każde spotkanie Teresy z osobami spoza rodziny. Miała zanotować nazwiska lekarzy, godziny wizyt i to, czy w mieszkaniu przechowywano dokumenty sprzed lat. Po gali dostała dodatkową prośbę: przesłać zdjęcie Wiktora, jeśli wejdzie do środka. Zrobiła fotografię, na której go nie było, bo zdążył wyjść. Ktoś i tak wykorzystał ją, by nas przestraszyć.
Beata twierdziła, że nie wiedziała, kto ostatecznie płaci agencji. Musiała też odpowiedzieć za swoje zaniedbanie w dniu reakcji mamy. Hanna oceniała, że szybciej podjęte działania mogły oszczędzić Teresie części cierpienia. Ja nie potrafiłam spokojnie myśleć o kobiecie, która na chwilę wyszła z pokoju, gdy mama zaczynała się dusić. Nie chciałam jednak dopowiadać jej zamiarów bez dowodów. Śledczy badali jej postępowanie osobno.
Roman Różycki wciąż pokazywał się publicznie. Na zdjęciach z kolejnego przyjęcia stał obok Zofii Brzezińskiej, uśmiechając się do aparatu. Kiedy reporter zapytał o konflikt z bratankiem, powiedział, że Wiktor przeżywa trudny okres po rodzinnych stratach. To było podobne do zdań, jakimi kiedyś usprawiedliwiał swoje decyzje przed Joanną.
Kilka dni później skontaktowała się ze mną Ewelina Karski. Zaproponowała spotkanie w biurze jej firmy ochroniarskiej. Odmówiłam. Zgodziła się porozmawiać przez telefon.
— Zatrudniałam kiedyś ludzi Romana — powiedziała. — Wiem, jak pracują. Jeśli poczuje się zagrożony, skupi uwagę na pani matce.
— Ma pani jakąś informację, którą powinnam przekazać policji?
— Mam zapis wejść do jego biura z dnia, w którym zlecono obserwację pani rodziny. Jest tam nazwisko Zofii Brzezińskiej.
Poprosiłam, żeby przekazała zapis śledczym. Powiedziała, że zrobi to. Nie pytałam, dlaczego wcześniej go nie oddała. Zamiast tego zapisałam datę rozmowy i poszłam z mamą na krótki spacer wokół bloku. Potrzebowała ruchu, a ja przypomnienia, że istnieją ulice, które nie należą do żadnego Różyckiego.
Wieczorem Ewelina przysłała potwierdzenie przekazania materiału. Zofia zadzwoniła do mnie godzinę później.
— Jeśli sądzi pani, że pracuję dla Romana, proszę porozmawiać ze mną, zanim wyrobi sobie pani zdanie.
— Spotkała się pani z nim w dniu, gdy zlecono obserwację mamy?
— Tak.
— W jakim celu?
Zawahała się.
— Próbował skłonić mnie do zmiany dostawcy leków w sieci klinik, do której chciał wejść z Wiktorem. Odmówiłam. Nie wiedziałam wtedy o pani matce.
Nie mogłam potwierdzić jej słów. Zofia zaproponowała przesłanie korespondencji dotyczącej spotkania; odparłam, że niech da ją policji. Zgodziła się, lecz po zakończeniu rozmowy długo patrzyłam na ekran telefonu. Każda kobieta z balu miała własny powód, żeby mi pomagać lub mnie ostrzegać. Ich ostrzeżenia często chroniły również je same.
***
Wiktor zadzwonił późno, kiedy mama spała. Spytał tylko, jak minął dzień po wizycie w szpitalu. Powiedziałam o spacerze i o tym, że Teresa zjadła całą kolację. Przez kilka minut nie rozmawialiśmy o Romanie.
— Zaczęła kiedyś szyć dla Joanny ciemnoniebieski płaszcz — przypomniałam sobie. — Nie zdążyła skończyć.
Popular Posts
→- 1
- 2
- 3
- 4
Recently Viewed
Stories you read recently will appear here.



