— Dla ludzi Romana każda osoba, za którą Wiktor bierze odpowiedzialność, może nim kierować.
Znałam tę myśl z jego własnych słów. Chciałam wiedzieć, dlaczego Zofia powtarza ją mnie.
— Czego pani ode mnie chce?
— Żeby pani uważała na oferowaną pomoc. Nie każdy, kto zadzwoni w sprawie leków, będzie próbował pomóc pani matce.
W jej spółce produkowano niektóre z nich. Oznajmiła to spokojnie, jakby miało dowodzić kompetencji. Dla mnie zabrzmiało jak przypomnienie, że zna nasze potrzeby.
Wyjęłam telefon i położyłam obok filiżanki.
— Czy mogę zapisać, co pani mi powiedziała?
Zofia spojrzała na ekran.
— Może pani. Nie powiedziałam niczego, czego nie powtórzę.
Podyktowała nazwę inwestycji oraz datę planowanego spotkania. Nie przyznała, by wiedziała, kto wysłał róże. Kiedy pokazałam jej zdjęcie z naszego mieszkania, po raz pierwszy utraciła pewny wyraz twarzy.
— Ktoś przekroczył granicę — powiedziała.
— Kto?
— Gdybym wiedziała, powiedziałabym pani.
Mogła mówić prawdę. Równie dobrze mogła sprawdzać, ile wiem. Wyszłam po niecałej półgodzinie. Gdy zamówiłam taksówkę, dostałam wiadomość od Wiktora: „Zofia rozmawiała z panią. Proszę uważać na wszystko, co mówi o leczeniu”.
Nie odpowiedziałam. Dwie osoby otaczające go od lat próbowały decydować, czyjej ostrożności powinnam zaufać.
***
Nazajutrz w drzwiach mieszkania stanęła kobieta w jasnoszarym kostiumie. Wcześniej zadzwoniła domofonem i przedstawiła się jako Magdalena Wolska z fundacji wspierającej rodziny pacjentów onkologicznych. Mówiła rzeczowo; przyniosła broszury i formularz, który miał pomóc nam uzyskać dofinansowanie transportu na wizyty.
Nie wpuściłam jej od razu. Poprosiłam o nazwę fundacji i numer, pod który sama mogłam zadzwonić. Nie obraziła się. Podała mi dokumenty i zaczekała przed drzwiami, aż sprawdzę dane w internecie. Fundacja istniała. Magdalena rzeczywiście była wymieniona w zespole.
W kuchni mama słuchała naszej rozmowy. Kiwnęła głową, więc zaprosiłam kobietę do środka.
Po kilkunastu minutach zorientowałam się, że pyta nie tylko o koszty leczenia. Chciała wiedzieć, kto opłacił wizytę Hanny Malec, czy Wiktor zostawił nam gotówkę i czy zamierzam ponownie się z nim spotkać. Formularz fundacji nie zawierał żadnego z tych pytań.
— Skąd pani zainteresowanie nim? — spytałam.
Magdalena zamknęła teczkę.
— Finansuje część naszych działań. Fundacja potrzebuje wiedzieć, czy pomoc dla pani rodziny została już zorganizowana inną drogą.
— Wystarczyłyby rachunki i zakres pomocy.
— Ma pani rację.
Nie wyglądała na zawstydzoną. Mama odłożyła broszurę.
— Proszę, żeby nasza dokumentacja medyczna pozostała między mną a lekarzami — powiedziała.
Magdalena obiecała. Wyszła po kilku minutach. Tego samego wieczoru funkcjonariuszka oddzwoniła do mnie z informacją, że w sprawie zdjęcia sprawdzany jest pracownik karetki. Nie miała jeszcze potwierdzenia, kto je wykonał. Zanotowała również wizytę Magdaleny.
Była trzecią kobietą z wczorajszej galerii zdjęć. Zofia, Magdalena i stojąca blisko Wiktora na parkiecie kobieta w srebrnej sukni pojawiały się w podpisach pod fotografiami jako jego dawne znajome. Artykuły spekulowały, która z nich zostanie jego partnerką. Potrzebowałam odpowiedzi, dlaczego zamiast rozmawiać z nim przychodzą do mnie.
Kierownik cateringu przesłał e-mail: do wyjaśnienia sprawy nie przydzieli mi kolejnych zmian. Nie musiałam zgadywać, ile potrwa „wyjaśnianie”, gdy w sieci krążyły moje zdjęcia. Tego wieczoru obliczałam w notesie, ile czasu opłacę rachunki z pieniędzy za bal. Mama zauważyła cyfry, choć próbowałam zasłonić stronę dłonią.
— Sprzedaj maszynę z zakładu — powiedziała.
— Potrzebujesz jej, kiedy wrócisz do szycia.
— Najpierw potrzebujemy przetrwać październik.
Nie chciałam, żeby rezygnowała z ostatniego przedmiotu, który łączył ją z pracą. Obie byłyśmy uparte. Pokłóciłyśmy się cicho, żeby nie słyszała sąsiadka przez ścianę, a potem usiadłyśmy obok siebie i znalazłyśmy tańszy termin dowozu na badania. Nie wystarczało to na wszystko. Pomagało nam przeżyć wieczór.
***
Wiktor przyszedł dwa dni później. Zadzwonił wcześniej, spytał, czy chcę rozmawiać i zgodził się spotkać w kawiarni przy ruchliwym skrzyżowaniu. Przyszłam pierwsza. Wybrałam stolik blisko wyjścia.
Gdy usiadł, opowiedziałam mu o Zofii i Magdalenie. Znał obie. Zofia miała dostarczać leki do klinik, z którymi jego firmy planowały współpracować. Magdalena prowadziła fundację, którą wspierał od śmierci Joanny. Nie bronił ich wizyt.
— Prosiłem nikogo do pani nie wysyłać — powiedział. — Nie posłuchały.
— Dlaczego miałyby słuchać pana?
Uśmiechnął się krótko.
— Część ludzi sądzi, że wydaję polecenia wszystkim wokół. Pani już zauważyła, jak bardzo się mylą.
Wyjął z teczki dokument. Nie podsunął mi go od razu. Wyjaśnił, że w jego spółkach od miesięcy trwa kontrola dawnych powiązań z firmami Romana. Wyrósł w rodzinie, która budowała legalny transport, lecz przez lata używała niektórych tras również do przemytu. Wiktor przejął zarządzanie po śmierci ojca i zaczął oddzielać działalność firmy od ludzi stryja. O części dawnych spraw złożył już wyjaśnienia śledczym. O innych zamierzał dopiero zeznawać.
Słuchałam, pilnując, by nie oswajać tego, co mówił. Mogłam współczuć mu po stracie siostry. Nie zamierzałam uznać, że pomoc mamie zwalnia go z odpowiedzialności za interesy, które prowadził.
— Dlaczego teraz mi pan to opowiada? — zapytałam.
— Obiecałem, że dowie się pani, kim jestem. Bez tej części nie miałaby pani podstaw, by zdecydować, czy chce ze mną rozmawiać.
Popular Posts
→- 1
- 2
- 3
- 4
Recently Viewed
Stories you read recently will appear here.



