— Nie nastawiaj go przeciwko mnie.

— Nie robię tego.

— Opowiadasz mu pewnie o rachunkach.

— Nie powiedziałam mu nic.

— Nie musisz. Wystarczy, że robisz z siebie ofiarę.

Przyjrzałam jej się.

Była zmęczona.

Bez makijażu.

W dresowej bluzie.

Nie przypominała kobiety, która kilka dni wcześniej sterowała fotografem na moich urodzinach.

— Karolina, Olek nie będzie argumentem między nami.

— Łatwo ci mówić. To ty masz dwa domy na działce.

— Nie. Mam jeden dom i budynek, który wam udostępniłam.

Jej twarz stężała.

— Właśnie o to chodzi. Zawsze musisz przypominać, że wszystko jest twoje.

— Przez trzy lata ani razu wam tego nie przypomniałam.

Zamilkła.

— Może powinnam była.

Odwróciła się i odeszła.

—

Następnego dnia dostałam od mecenasa Szymańskiego projekt umowy.

Czynsz był niższy niż rynkowy.

Nie chciałam zarabiać na synu.

Chciałam, żeby po raz pierwszy jasno wiedział, ile kosztuje jego życie.

Media mieli przepisać na siebie.

Drobne naprawy mieli finansować sami.

Zakupy osobno.

Żadnego automatycznego dostępu do mojego domu.

Wysłałam dokument Markowi.

Wieczorem przyszedł.

Sam.

— Mogę wejść?

Prawie się uśmiechnęłam.

— Możesz.

Usiadł przy stole.

— Karolina nie podpisze.

— A ty?

— Ja bym podpisał.

— Dlaczego?

— Bo wiem, ile kosztuje wynajem w Poznaniu.

— To nie jest odpowiedź.

Westchnął.

— Bo to uczciwe.

Patrzyłam na niego.

— Gdybyś powiedział to trzy lata temu, bardzo byś mnie zaskoczył.

— Trzy lata temu byłem przekonany, że za pół roku się wyprowadzimy.

— A potem?

— Potem było wygodnie.

Pierwszy raz nazwał rzecz właściwie.

Nie „trudny okres”.

Nie „rynek”.

Nie „inflacja”.

Wygodnie.

— Karolina uważa, że ją upokarzasz — dodał.

— Czym?

— Umową.

— Dlaczego?

— Bo według niej rodzina nie podpisuje umów.

— Rodzina nie powinna też dopisywać do rachunku cudzych brunchów.

Marek spuścił głowę.

— Wiem.

— I nie planuje zabierać gospodyni miejsca na jej urodzinach.

— Wiem.

— I nie wchodzi bez pukania.

— Wiem.

Spojrzałam na niego.

— Dużo wiesz.

— Za późno.

To zdanie zatrzymało moją złość.

—

Karolina przyszła następnego ranka z umową pokreśloną czerwonym długopisem.

— Ten czynsz jest absurdalny.

— Jest poniżej rynkowego.

— Media osobno?

— Tak.

— Naprawy?

— Drobne.

— Czyli praktycznie jesteśmy obcymi ludźmi.

— Nie.

— Tak się czuję.

— Bo pierwszy raz coś jest zapisane?

Prychnęła.

— Nie rozumiesz, jak trudno jest teraz wynająć mieszkanie.

— Rozumiem.

— Marek nie zarabia tyle, ile kiedyś.

— Wiem.

— Ja pracuję tylko na pół etatu.

— Wiem.

— To co mamy zrobić?

Oparłam dłonie o blat.

— Policzyć.

— Co?

— Dochody. Wydatki. Zobowiązania. To, co robi każdy dorosły.

Jej oczy zrobiły się zimne.

— Wiesz, że nie mamy oszczędności.

— To mnie martwi. Nie zmienia jednak tego, że od trzech lat korzystacie z czegoś, co miało być pomocą tymczasową.

— Twój syn jest twoją rodziną.

— I dlatego przez trzy lata miał dach nad głową.

— To nie brzmi jak matka.

Przez wiele lat takie zdanie wystarczyłoby, żebym się cofnęła.

Tym razem nie.

— A jak powinna brzmieć matka?

Zaskoczyłam ją.

— Powinna chcieć pomóc dziecku.

— Pomagałam.

— Więc pomagaj dalej.

I wtedy usłyszałam coś, czego wcześniej nie widziałam.

Nie wdzięczność.

Nie strach.

Oczekiwanie.

To było dla niej logiczne.

Skoro pomagałam wczoraj, powinnam pomagać jutro.

Skoro potrafiłam, miałam obowiązek.

— Nie — powiedziałam.

Zbladła.

— Co?

— Nie będę kontynuować czegoś tylko dlatego, że przyzwyczailiście się do tego.

Przez chwilę patrzyłyśmy na siebie w ciszy.

Potem Karolina powiedziała:

— Mama miała rację.

— W czym?

— Zawsze chciałaś mieć Marka przy sobie.

To mnie zabolało, bo było częściowo prawdziwe.

Po śmierci Stefana domek przestał być pusty.

Olek biegał po ogrodzie.

Marek wpadał po kawę.

Karolina prosiła o mąkę.

Słyszałam życie.

Nie wracałam wieczorem do całkowitej ciszy.

— Być może — odpowiedziałam.

Karolina nie spodziewała się tego.

— Słucham?

— Lubiłam, że jesteście blisko.

— Więc teraz co? Nagle przeszkadzamy?

— Bliskość i zależność to nie to samo.

Zabrała umowę.

Przy drzwiach odwróciła się.

— Jeśli się wyprowadzimy, stracisz Olka.

Serce ścisnęło mi się.

Ale po sekundzie zrozumiałam, co zrobiła.

— To zależy od was.

— Czyli nie obchodzi cię to?

— Bardzo mnie obchodzi.

— Nie wygląda.

— Miłość do wnuka nie oznacza finansowania jego rodziców.

Karolina nic nie odpowiedziała.

Wyszła.

—

Dwa dni później usłyszałam kłótnię.

Nie próbowałam podsłuchiwać.

Głosy dochodziły z ogrodu.

Karolina krzyczała:

— Właśnie tego chciała!

Marek odpowiedział głośniej, niż kiedykolwiek go słyszałam.

— Nie! Mama poprosiła nas, żebyśmy płacili własne rachunki!

Zatrzymałam się przy rabacie.

— Odcięła nas!

— Mam czterdzieści cztery lata!

— Upokarza nas!

— Mieszkaliśmy za darmo trzy lata!

Cisza.

Potem Karolina:

— Znowu wybierasz ją.

Marek zaśmiał się gorzko.

— To nie jest ty albo ona.

— Zawsze tak było.

— Nie. To ty robisz z każdej niezgody test lojalności.

Zamarłam.

Karolina powiedziała coś ciszej.

Nie usłyszałam.

Marek odpowiedział: